Niedawno znalazłem interesujący komentarz do wydarzeń z najnowszej historii Polski. Co ciekawe został opublikowany w 1956 roku.
"Czy nie doznawał pan nigdy nagłej potrzeby sympatii, pomocy, przyjaźni? Tak, oczywiście. Ja nauczyłem się zadowalać sympatią. Można ją znaleźć łatwiej, a poza tym nie zobowiązuje do niczego. "Niech pan wierzy w moją sympatię", w monologu wewnętrznym poprzedza bezzwłocznie: "A teraz zajmijmy się czym innym". Jest to uczucie znane premierom: zdobywa się je tanim kosztem po katastrofach."
Albert Camus, Upadek
piątek, 12 sierpnia 2011
środa, 10 sierpnia 2011
Bogusiu Lindo, pierwszy raz żeś mi się przyśnił
Romantyczny ten bohater objawił mi się w śnie, w którym to rozprawił się ze złowrogim naukowcem (Leon Niemczyk) i jego niecna świtą (Jan Wieczorkowski, Zbigniew Zamachowski, aktor nieznany). Krew lała się gęsto, strach ogarniał wszystkich, a litość nie znała granic. Ja na szczęście, jako świadek wydarzenia, byłem niewidzialny. Kule karabinu maszynowego podziurawiły czarne charaktery na wskroś. Ciężko raniony serią strzałów Zbyszek błagał o śmierć. Boguś spełnił jego życzenie, dobił go trzema trafieniami z pistoletu i obrzyna. A wszystko dlatego, że Leon Niemczyk przygotował śmiertelną truciznę dla bardzo ważnej kobiety. Wstrzyknięta podstępnym ukłuciem igły strzykawki kropelka pozbawiła ją życia. Jan Wieczorkowski nie został zabity, tylko dlatego by mógł opowiadać o masakrze w wieży kontroli lotów potomnym. Ja zaś jako uczestnik snu-filmu opowiadam Wam o mojej wizji. Bogusiu, nigdy się tak nie bałem jak owej nocy...
sobota, 9 lipca 2011
Życiowa mądrość
Z cyklu "Zasłyszane na ulicy":
"Stwierdziłam, że nie przestanę jeść, bo to jest silniejsze ode mnie. Jak komuś się nie spodobam, to mam wyjebane."
Rzecz gustu - niektórzy wolą anorektyczki.
Podobnie jest z oddychaniem - niektórzy wolą umarlaków i nazywają się nekrofilami.
"Stwierdziłam, że nie przestanę jeść, bo to jest silniejsze ode mnie. Jak komuś się nie spodobam, to mam wyjebane."
Rzecz gustu - niektórzy wolą anorektyczki.
Podobnie jest z oddychaniem - niektórzy wolą umarlaków i nazywają się nekrofilami.
sobota, 18 czerwca 2011
Z kacem nie można walczyć
Kiedy jestem pijany, mogę stracić rachubę w ilości wypitego alkoholu, ale głowy nie tracę. Mogę błądzić w myślach pełnych lekkich i pomysłowych, szyderczych i prowokacyjnych żartów. Jednak zawsze staram się postępować rozsądnie i z szacunkiem, zgodnie z sumieniem i zasadami. Spokojnie, bez niepotrzebnego zgiełku jestem zawsze taki sam, obojętnie czy pijany czy na trzeźwo. Upojenie objawia się u mnie głównie tym, że mam przekrwione oczy. Ciężko jest mnie uwalić tak, żeby skasował mi się film. Właściwie nigdy jeszcze nie skasowałem filmu, jeśli już byłem w kiepskim stanie po prostu zasypiałem. Cechą charakterystyczną jest to, że tuż przed zaśnięciem można zauważyć różnicę w rozmowie i chyba nawet łatwiej mnie zrozumieć.
A kac? Czasami jestem po prostu zmęczony, gdy wypiłem za mało i kac jest słowem nazbyt wygórowanym. Kaca przyjmuję z pokorą i wdzięcznością, delektuję się jego każdą chwilą. Jeżeli mdli, potrzebne jest co najmniej dwudniowe dochodzenie do siebie. Jeżeli mdli należy położyć się lub pooddychać świeżym powietrzem lub połączyć te dwie czynności. A potem wypić herbatę i wzdychać do Boga. Z kacem należy się pogodzić, nie można z nim walczyć. Płynne przejście do stanu upojenia jest zatem najlepszym rozwiązaniem. Amen!
A kac? Czasami jestem po prostu zmęczony, gdy wypiłem za mało i kac jest słowem nazbyt wygórowanym. Kaca przyjmuję z pokorą i wdzięcznością, delektuję się jego każdą chwilą. Jeżeli mdli, potrzebne jest co najmniej dwudniowe dochodzenie do siebie. Jeżeli mdli należy położyć się lub pooddychać świeżym powietrzem lub połączyć te dwie czynności. A potem wypić herbatę i wzdychać do Boga. Z kacem należy się pogodzić, nie można z nim walczyć. Płynne przejście do stanu upojenia jest zatem najlepszym rozwiązaniem. Amen!
niedziela, 12 czerwca 2011
Wrodzony talent
"Mój syn jest charyzmatycznym liderem. Wiedziałam to już wtedy, gdy został przewodniczącym klasy"
- Stephanie Forrester w chwili obejmowania przez Ridge'a dyrekcji nad Domem Mody
A ja? Przewodniczącym klasy zostałem w wieku 8 lat, skarbnikiem 6 lat później, a zatem niewątpliwie czeka mnie świetlana przyszłość.
- Stephanie Forrester w chwili obejmowania przez Ridge'a dyrekcji nad Domem Mody
A ja? Przewodniczącym klasy zostałem w wieku 8 lat, skarbnikiem 6 lat później, a zatem niewątpliwie czeka mnie świetlana przyszłość.
niedziela, 10 kwietnia 2011
Nie znoszę budzenia siekierą na kacu
Po skomasowanym ataku wirusa na mój komputer, postanowiłem nie opłacić internetu w miesiącach marzec-kwiecień i korzystać z niego wyłącznie w miejscu "pracy" oraz tak jak dziś w rodzinnym domu, co jest dziełem przypadku. Tak właściwie nie do końca piszę prawdę, nie jest tak, że przestałem marnować czas zupełnie, choć oszczędność jest wielka i wynosi 30 zł, kosztem korzystania z internetu znów zacząłem czytywać telegazetę. Telegazeta jest za darmo, pod warunkiem opłacenia abonamentu :)
I tu Was mam cwaniaczki! Dzięki temu, że przestałem bezczynnie gapić się w monitor, mój mózg osuszył się z pierdół, jakimi codziennie bombardowała mnie na własne życzenie internetowa rzeczywistość wszelakich portali. Jedynie ulubione blogi, komiksy wyśmiewające rząd i regionalna kronika policyjna interesują mnie w wolnym czasie. Przyszedł też czas na bloga i w końcu odnalazłem chęć podzielenia się przemyśleniami. Jako hit weekendu polecam tę piosenkę, wspominając poranek gdy niedzielnego wspaniałego kaca, przerwała pieprzona, kompromitująca nasz kraj katastrofa. Nie znoszę budzenia siekierą na kacu.
I tu Was mam cwaniaczki! Dzięki temu, że przestałem bezczynnie gapić się w monitor, mój mózg osuszył się z pierdół, jakimi codziennie bombardowała mnie na własne życzenie internetowa rzeczywistość wszelakich portali. Jedynie ulubione blogi, komiksy wyśmiewające rząd i regionalna kronika policyjna interesują mnie w wolnym czasie. Przyszedł też czas na bloga i w końcu odnalazłem chęć podzielenia się przemyśleniami. Jako hit weekendu polecam tę piosenkę, wspominając poranek gdy niedzielnego wspaniałego kaca, przerwała pieprzona, kompromitująca nasz kraj katastrofa. Nie znoszę budzenia siekierą na kacu.
poniedziałek, 14 marca 2011
Cienki Bolek o-o-o!
Już dawno nie słyszałem tak szałowej piosenki! To znaczy kiedyś ją słyszałem, w dzieciństwie dawno temu, lecz wiele lat później w pamięci odzywały się jej dźwięki, a przede wszystkim refren. Zaskoczeniem większym niż poznanie słów zwrotek, był fakt wokalu samego Stefana Friedmanna. Lubię gościa, a Stefan to fajne imię. Przejdę jednak do meritum. Najczęściej nuciłem refren w chwilach jakże częstych upadków.
Mógłbym pokusić się o hipotezę, że refren piosenki nucę w myślach wtedy, gdy coś mi nie wychodzi, gdy czuję słabość, zniechęcenie, brak motywacji, chciałoby się wszystko rzucić i oddać słodkiemu lenistwu. Ta zasada niestety się sprawdza.
Wczoraj próbowałem swoich sił we wspinaczce skałkowej, a potem przeszedłem 4 kilometry. Dziś kiedy mam zakwasy, kuśtykam na prawą nogę i tylko bieda klepie mnie po plecach, nucę słowa piosenki. Tak na marginesie, wspinaczka to bardzo męcząca, ale fajna dyscyplina. Jednak już dziś wiem, że nie będę w niej mistrzem, mogę być co najwyżej wyrobnikiem z w miarę dobrym wynikiem. W każdym sporcie tak jest, za który się biorę!
Moja sportowa kariera załamała się już kilka razy. Najpierw miałem być tenisistą ziemnym, jednak z powodu skrzywienia kręgosłupa, lekarz doradził mi pływanie, żeby nie pogarszać skrzywienia kręgów, wynikającego z jednej krótszej o centymetr nogi. W pływaniu nie osiągnąłem wielkich sukcesów, chociaż 17 miejsce w kategorii klas 5 w dawnym województwie zająłem, bo na żabkę byłem niezły. Jednak nie potrafiłem skakać na główkę, dlatego już na starcie traciłem cenne sekundy. Mógłbym rozpisywać się nad dalszym osiągnięciem w pływaniu, jakim było zdobycie karty pływackiej, jednak z czasem pływałem coraz wolniej. I postanowiłem zostać pingpongistą. Notorycznie przegrywałem jednak z członkiem klubu tenisa ziemnego, fakt, że pierwszoligowego, ale demotywowało mnie to. Na zawodach miejskich odpadłem w pierwszym meczu. Potrafiłem wygrywać tylko w meczach sparingowych, na zawodach zżerał mnie stres, nie byłem po prostu wystarczająco dobry. W kosza otarłem się o głębokie rezerwy rezerw drużyny licealnej, faktycznie to trochę na wyrost bywałem na eskaesach. Parę razy zabłysnąłem, ale byłem dobry tylko w meczach podwórkowych. Idealnie sprawdzałem się jako zawodnik od czarnej roboty, czyli dużo walki i czasami przebłyski ciekawej zagrywki. Fantazji nigdy mi nie brakowało i to może dlatego ubzdurałem sobie, że gram dobrze i nadaję się na koszykarza? Na studiach próbowałem swoich sił w kajakarstwie, lecz z racji wzrostu, nie mieściłem się w niektórych łódkach. Uznałem więc, że kontynuowanie treningów nie miało sensu, podobnie ma się rzecz w wioślarstwie. Jakoś nie potrafię wytrzymać dłużej niż 10 minut na ergowiosłach, siedzenia są niewygodne, a na rękach robią się odciski. Na zajęciach z aikido, na które chodziłem dwa miesiące, nawet mi się podobało, a szczególnie ćwiczenia rozciągające z kijem, który chyba się nazywa dżo. Ostatecznie nauczyłem się liczyć od 1 do 10 po japońsku i kilku skutecznych bloków. Jeden z nich miałem okazję wykorzystać w pojedynku akademikowym z pijanym studentem. Ale żeby nie było, raz w życiu otrzymałem soczysty wpierdol. Potem nawet chodziłem do okulisty, bo groziło mi uszkodzenie siatkówki. Przegrałem z młodszym kolesiem sromotnie, leżałem jak długi ze śliwką wielkości jabłka. I dlatego 10 lat później chodziłem na treningi aikido, bo dorosłem i pomyślałem, że nigdy więcej nie zachowam się jak ci(a)pa. Wszystko było na dobrej drodze, żeby zostać polskim Sigalem, miałem senseja i nowe spodnie dresowe. Traf jednak chciał, że rozpoczął się remont tras tramwajowych i dojazd na treningi zajmował ponad godzinę, przez co kontynuując normalne codzienne życie, zimą okropnie się rozchorowałem i zrezygnowałem. Całkiem dobrze radziłem sobie w unihokeju, w ramach zajęć wf na uniwerku. Z czasem zacząłem grać z chłopakami z sekcji, jednak akurat skończyłem studia i nie zapisałem się na owe zajęcia więcej. Lubię rywalizację, ale wiem, że kariera profesjonalnego gracza unihokejowego już za mną. Za stary jestem. Wydaje mi się, że posiadam naturalne predyspozycje do biegów długodystansowych. Rok temu osiągając odpowiedni stopień motywacji rozpocząłem przygotowania do maratonu. Potrafiłem sam dla siebie przebiec nawet kilka razy półmaraton po drogach asfaltowych nieopodal rodzinnej miejscowości. I kiedy zbliżał się czas biegu, miesiąc przez maratonem, dopadła mnie obecna kontuzja, która sprawia, że po jednym dniu intensywnego używania stóp, na drugi dzień i trzeci kuśtykam jak zwykła kuternoga. Chodzenie i samo dojście do przystanku autobusowego zajmuje mi wtedy sporo czasu i kosztuje wiele wysiłku. Uśmiecham się jednak, zaciskam zęby i idę, bo nie zawsze można używać roweru, np wtedy gdy pada deszcz lub śnieg. Dwa miesiące temu próbowałem swoich sił w narciarstwie biegowym, ale owa kontuzja stopy też nie pomagała, na drugi dzień byłem jeszcze większym kuternogą. Pół godziny po założeniu narciarskiego buta odkleiła mi się też podeszwa. Myślę, że to był kolejny zły znak. Nosz kurwa. Nie nadaję się do większości sportów, bo talentu wrodzonego nie mam.
Idąc tym tropem, zastanowiłem się nad sportami, które faktycznie do czegoś się przydają. Wiem też dlaczego w żadnej z wyżej wymienionych dyscyplin nie osiągnąłem sukcesów. Wszystko traktowałem jako zabawę raczej, bo nie lubię chorobliwej rywalizacji bycia najlepszym. Chyba dlatego tak polubiłem amatorskie bieganie, bo tam przeciwnikiem jest zmęczenie i psychika. Dużo biegałem, ale najczęściej sam. Na palcach jednej reki policzę, ile razy ktoś mi towarzyszył. Podszkoliłem się w samozaparciu, wytrzymałości, wydolności, ale teraz choćbym chciał, nie pobiegnę. Łza mi się w oku kręci, jak widzę biegających ludzi. I bardzo żałuję, bo noga boli, ale do lekarza niedługo idę i może jeszcze przebiegnę maraton. W końcu Jasio Mela zdobył biegun bez nogi i wszedł na ścianę kilometrową :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)