niedziela, 16 stycznia 2011

Znajdź różnicę...

Drogi Czytelniku, możesz znaleźć różnice na dwóch rysunkach!
Z pewnością jest ich wiele, sam Euklides nie byłby w stanie ich zliczyć.

Gdy odnajdziesz wszystkie różnice, spróbuj odgadnąć hasło, które jest inspiracją, mottem owych rysunków. To motto jest zarazem rozwiązaniem rebusu, za którego rozwiązanie tradycyjnie przewidziana jest nagroda niespodzianka. Nagrodą jest trunek fundowany przeze mnie czyli Liścia oraz Doskonałego Rysownika Miecia, który po raz kolejny zapisał mój pomysł na kartach historii.

Propozycje rozwiązań proszę pisać w komentarzach, a zwycięzca dowie się o tym prędko!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Szach-maty !

Tuż po świętach, spędzałem wolny czas w małej górskiej wiosce wespół ze wspaniałymi kompanami. Niestety, zdarzył się dzień, w którym z powodu niedoskonałości mojego ciała, musiałem pozostać w bazie noclegowej i trochę się ponudzić. W czasie mojego pobytu dwójka znajomych rozgrywała partię szachów. Nie były to zwykłe szachy! Figurki przedstawiały rozmaite postacie późnego średniowiecza, których orężem były puchary, beczułki, kielichy - sądząc po minach i pozach - wypełnione alkoholem. W skrócie były to pijackie figurki szachowe. To znacznie utrudniało obserwację partii, ponieważ najpierw trzeba było wiedzieć, mimo znajomości podstawowych zasad gry, jaka dana figura może się poruszać na szachownicy. Właściwie to nie obserwowałem gry, tylko patrzyłem na szachownicę popijając piwo. Następnie znajomi zakończyli rozgrywkę i udali się na wycieczkę.

Tego samego dnia rano po ciężkiej, całonocnej podróży pociągiem, przybył inny kolega, który również jak ja, odpoczywał. I stało się to, czego spodziewałem się, ale nie chciałem uczynić. Zgodziłem się rozegrać partię z zupełnie nieznanym przeciwnikiem!

Dawno, dawno temu grywałem w szachy, bywało, że grałem sam z sobą, czasem z siostrą, kolegami, czytałem książki o zasadach gry, czasami grałem z ojcem, ale zawsze mnie ogrywał! Osiągnąłem też pierwszy sukces na arenie sportowej - zająłem 3 miejsce w rozgrywkach na obozie harcerskim! Po drodze pokonałem trzy lata młodszą kuzynkę, chłopca z upośledzeniem umysłowym, a w trzeciej partii wygrałem z rówieśnikiem. Zwyciężyłem w swojej grupie i tym sposobem dotarłem do półfinału, gdzie po zaciętym boju przegrałem walkę o finał. Zaś w walce o 3 miejsce, wygrałem i otrzymałem w nagrodę wspaniały dyplom! Potem moja kariera załamała się, gdy w parku w uzdrowisku pokonał mnie młody chłopiec.

Od tamtej pory grywałem w szachy na komputerze, jednak notorycznie przegrywając, próbowałem się z kolegą w akademiku, z którym raz wygrywałem, raz przegrywałem - częściej to drugie. I oto nadszedł dzień, w którym rozgrywałem partię po kilku latach przerwy. Nawet nie pamiętałem, na którym polu stawiać białego króla i czarną królową.

Nieważne, rozgrywka odbywała się dość szybko, ponieważ wiedziałem, że nie mam co kombinować, oddałem się instynktowi zabójcy. Doskonale rozwinąłem skrzydła i rozbiłem w pył przeciwnika, który szybko poddał króla mając kilka figur straty.
Oczywiście od razu rozegraliśmy rewanż, i tym razem poległem, szach-mat, niezbyt szybki, ale skuteczny. Postanowiłem napić się piwa. Pojawił się mały stres, gramy partię numer trzy, ja nie jestem specjalnie zmotywowany, wszystko mi jedno czy wygram czy nie, bo czuję że miałem szczęście początkującego. Próbowałem, kombinowałem, ale pech chciał, że zaczęły mylić mi się figurki, wykonałem kilka naprawdę beznadziejnych posunięć, i mimo zezwolenia na cofniecie ruchu, przegrałem partię. Mogłem wszystko zrzucić na piwo, zmęczenie, rozkojarzenie ale ? - żeby sprawdzić czy to nie był wypadek przy pracy rozegraliśmy partię numer cztery. Tę przegrałem sromotnie, z jeszcze większą częstotliwością mylenia figur, kompletnie nieprzemyślanych ruchów, złej strategii, częstszymi łykami piwa. Czułem się zrezygnowany, zniechęcony, nie wiedziałem jak, po co, gdzie, kiedy, dlaczego? Poza tym pojawiła się niepokojąca myśl...

"Nie mam pomysłu jak rozegrać partię szachów zwaną życiem"

środa, 5 stycznia 2011

Poranek na poziomie

Właśnie włączyłem jeden ze znanych portali i dowiedziałem się ze:
- była kochanka kogoś tam została gwiazdą porno
- komuś widać biust przez bluzkę
- czyjś ojciec ma piersi większe niż jego córka
- jakaś baba nosi skąpe bikini
- jakiś koleś stracił kilka zębów.

Po czym gdy wszystkiego już się dowiedziałem, sprawdziłem pocztę i odebrałem kilka reklam. To wszystko okrasiłem śniadaniem - tanią szynką konserwową na chlebie za 2 zł, jako przystawka do dania głównego - zupki ser w ziołach. Na zakończenie kubek herbaty liściastej bez cukru bo się skończył, bez cytryny bo nie mam. Bo nie chciało mi się pójść do sklepu i do wielu rzeczy się zmuszam, bo trzeba jakoś przeżyć rozsądnie i z powagą. W tle leci disko z lat 80, konkretnie ścieżka dźwiękowa z filmu Miami Vice. Jeszcze tylko zaliczę toaletę i jestem gotów. Nawet nie próbujcie być tak samo fajni, bo i tak Wam się nie uda. Taki oto poranek dziś! Jednym słowem - Highlife !!!

wtorek, 4 stycznia 2011

Kot(k)ów nie lubię, ale te sa wyjątkiem

Dawno temu ujrzałem zespół Mass-Kotki na spektaklu pt. "Księga Rodzaju 2". Szczerze polecam muzykę graną w stylu elektro-punk, w dużej mierze z trafnym przesłaniem. Nie przeszkadza mi nawet to, że zespół współpracuje ze środowiskiem homoseksualistów i feministek (ciekawe połączenie). Oto jeden z moich ulubionych kawałków, ze słynnego albumu "Miau Miau Miau".

niedziela, 26 grudnia 2010

Krótki kawał

Opowiem Wam krótki kawał, bo lubię krótkie kawały.
Ten usłyszałem od koleżanki:

Przychodzi kogut do łazienki, a tam zakręcone kurki.

Teraz mogę w pełni świadomie pomyśleć, że jestem fajny w święta i piszę zabawne kawały zdobywając poklask czytelników. Ha!

niedziela, 12 grudnia 2010

Menel-Apostoł

W sobotą jak to bywa w tramwajach, można spotkać meneli wracających z piątkowych dni skupienia w przepełnionych "spiritus sanctus" melinach. Uduchowieni boską ambrozją, kwintesencją alkoholowych wyrobów, niosą światu dobre i złe nowiny. Mówią do siebie, rozmawiają ze sobą, komentują rzeczywistość, witają się ze znajomymi. Zazwyczaj spotykają się z obojętnością ludzi, chyba że natarczywie zaczepiają, są nachalni albo wszczynają awantury. Sobotnim popołudniem jechałem tramwajem linii nr 10 i spotkałem ciekawego typka, Menela-Apostoła. Nauczał lud w wagonie tramwaju tymi słowy:

"Bez Boga nie ma nic - tak trudno w to uwierzyć?
Niedługo będzie Wigilia, Święta - tak trudno w niego uwierzyć?
Jeżeli ktoś nie wierzy w Boga, niech sobie pójdzie i uwierzy.
Jeżeli ktoś nie wierzy w Boga, to niech to powie.
Jezus Chrystus. Amen
Bez Boga nie ma nic.
Bez Boga nie ma nic - tak trudno w to uwierzyć?"

I tak w kółko. Nikt z obecnych w tramwaju nie skomentował Menela-Apostoła. Mówił z przejęciem większym niż niejeden Papież. Ludzie słuchali i nie zwracali uwagi. Może udawali, że nie słyszą?

wtorek, 7 grudnia 2010

Dlaczego ja ?

Na dwóch wspaniałych blogach przeczytałem o tym, że grudzień jest do bani. Dlatego, że ma dużo sztucznych świąt, jest ciemno i dołująco, zimno i śnieg. Niektórzy muszą się uczyć, inni pracować, a jeszcze inni mogą chorować tak jak ja obecnie. Dawno nie zachorowałem, a żeby się wyleczyć już drugi dzień nie wychodzę z domu. Pomijam drobne wyjścia po chleb, masło, herbatę i inne drobiazgi do pobliskiego sklepu spożywczego. W związku z chorobą i tym, że jestem szczęśliwym posiadaczem telewizora z pilotem, mogę surfować po kanałach i oglądać rozmaite programy. Dawno nie pisałem czegokolwiek tutaj, więc naprawdę dzięki telewizji zrodziła się myśl, którą właśnie opisuję.

Wczoraj na kanale Polsat obejrzałem program "Dlaczego ja". Jest to najnowsza produkcja Okiła Khamidova. Program jest tzw. filmem paradokumentalnym co oznacza, że opisuje fikcyjną historię życiową, taką jakby była naprawdę, ale nie jest. Ujęcia i sceny kręcone są jak w filmach dokumentalnych. Np. ujęcia z ręki, aktorzy to amatorzy, ich warsztat jest dużo słabszy niż np. Roberta De Nitro albo Sigurnej Łiwer. Oglądając ich grę, ze smaczkiem dialogi, przeplatane scenami komentowania zachowań i poszczególnych etapów historii, można naprawdę uwierzyć, że historia wydarzyła się naprawdę. Z tym, że owa historia wydarzyć się może. Wszystko jest okraszone dbałością o szczegóły i rozkminianie drobiazgów - w celu wytłumaczenia widzom uczuć głównych bohaterów, coś na wzór katharsis.

Z wielką przyjemnością obejrzałem odcinek o małżeństwie w wieku przedemerytalnym, które poręczyło kredyt synowi. Niestety syn okazał się oszustem, jego firma zbankrutowała, miał ogromne długi, był poszukiwany przez policję. W końcu do rodziców dociera informacja, że muszą spłacić dług syna. Muszą podjąć decyzję, czy sprzedać dom, w którym mieszkają od 30 lat, wybudowany z własnej krwawicy. W końcu sąd orzeka ich niewypłacalność, rodzice sprzedają dom, zamieszkują w mieszkaniu socjalnym, jedzą w Karitasie, a ojciec ubranie na rozmowę kwalifikacyjną na stanowisku stróża otrzymuje w PCK. Historia kończy się tym, że syn ląduje w więzieniu, córka wynajmuje lepsze mieszkanie rodzicom, a ojciec nie chce już nigdy więcej kontaktować się z synem. Matka mimo to darzy go miłością.

Opowiedziałem w dużym skrócie dramat obyczajowy, który zakończył się nieszczęśliwie. Według mnie to całkiem dobry plan, stworzyć program, dzięki któremu można zdołować się przed telewizorem. Poczuć ten klimat, ewentualnie zobaczyć, co może spotkać człowieka, jakie niespodzianki czyhają za rogiem. A przy okazji wypełnić nadmiar wolnego czasu w czasie choroby, również na chorobę zwaną próżnością lub permanentnym szczęściem.